Czy metryki mogą kłamać?

Wielu początkujących genealogów ma skłonność do niemal bezgranicznej ufności w stosunku do znalezionych metryk. Co więcej – bywa, że nawet już bardziej doświadczeni badacze ulegają nazbyt często pokusie pokładania wiary w akta. Jest to związane z kierowaniem się swoistym przeczuciem, gdy subiektywnie dokonujemy oceny rzetelności danych zawartych w dokumentach. Drugim czynnikiem, który skłania nas do przesadnej wiary w nie jest często brak cierpliwości i pewnego rodzaju genealogiczna „chciwość” – gdy za wszelką cenę chcemy odkryć jakiś akt dotyczący naszego przodka, nieraz skłonni jesteśmy przypisać prawdziwość pierwszemu dokumentowi, na jaki trafimy, a który spełnia podstawowe kryteria przyjęte w rozpoczętych przez nas poszukiwaniach. Wtedy, zadowoleni z siebie, że udało nam się wreszcie po mozolnym wertowaniu ksiąg odnaleźć to, czego szukaliśmy, możemy zapomnieć i nie dostrzec, że w istocie dana metryka tylko pobieżnie spełnia te warunki, ale nie wyklucza istnienia innych, które by w równym stopniu pasowały.

Każdy, komu zależy jednak na rzetelności informacji, które pragnie utrwalić w swoim drzewie genealogicznym, powinien zachować wielką ostrożność. Trzeba pamiętać, że jest to stosunkowo duża odpowiedzialność, gdyż częstokroć dane raz ustalone mogą zostać przyjęte za pewnik przez naszych potomków. Będą oni bowiem wierzyli, że sumiennie podeszliśmy do spraw własnej rodziny i prawdopodobnie nie będą chcieli weryfikować od podstaw wszystkich tych danych – szczególnie, gdy na nasze drzewo będą się składały już nie dziesiątki, czy setki, ale wręcz tysiące i dziesiątki tysięcy osób. Warto więc mieć to na uwadze, jeśli nie chcemy by potomni przypięli nam łatkę bajkopisarzy i fantastów, gdy odkryją, że nie mogą polegać na naszych ustaleniach. A takich pułapek w księgach metrykalnych jest dużo. Często jesteśmy zdani tylko na metryki – nie zawsze możemy zweryfikować istniejące tam zapisy z innego typu źródłami pozametrykalnymi. Kiedy jednak taka możliwość się pojawia, warto po nią sięgnąć.

Wszystko sprowadza się do tego, że wpisy były, są i będą dokonywane przez człowieka, a – jak wiadomo – ludzką rzeczą jest błądzić. Czy to duchowny, czy osoba świecka, każdy z nich mógł się pomylić przy zapisie. Co gorsza – może i nawet nie pomyliliby się, gdyby nie to, że osoby, które zgłaszały u nich dany fakt, same podały im błędne nazwiska, czy daty. A czy ci z kolei zrobili to z rozmysłem, czy też sami się pomylili? Zapewne bywało i tak, i tak.

Niektóre zapisy mogą wprowadzać w wielkie zdumienie. Co mam na przykład myśleć o przypadku z mojej własnej rodziny, gdy wśród akt z grudnia 1891 r. odnajduję akt zgonu mojej prapraprababci, a wśród metryk ślubów sporządzonych dwa miesiące później, w lutym 1892 r. natrafiam na informację, że za mąż wyszła jej córka, która miała wówczas wciąż zamieszkiwać przy żyjącej matce? Wszystkie inne informacje się zgadzały – że była wdową, że mieszkała w konkretnej wsi. Nie zgadzało się tylko to, że dwa miesiące po śmierci, według metryk wciąż żyła… Jak to rozumieć, skoro w akcie zgonu zawarte było zdanie, że akt został podpisany dopiero „po naocznym przekonaniu się o zejściu…”. Cóż więc – widzieli nieboszczkę, a ta potem ożyła? Wbrew pozorom nie jest to wcale prześmiewcze pytanie. Istotnie mogło się zdarzyć, że kogoś uznano już za martwego, podczas gdy ta osoba mogła być w stanie tylko na pozór przypominającym śmierć. A że wiedza medyczna w XIX-wiecznej wsi nie była szczególnie rozwinięta niech świadczą choćby zapisy z ówczesnych ksiąg, gdzie śmierć człowieka w sile wieku określano jako ordinaria, czyli „zwyczajną”, albo podawano ogólnikowe określenia jak: „suchoty”, „śmierć z bólu głowy”, „starość”, czy „rżnięcie w brzuchu”. Do dziś nie wiem, jak to do końca było z moją prapraprababką, ale mogło być najzwyczajniej tak, że przy ślubie córki pomyłkowo ktoś „z rozpędu” zapisał, że moja przodkini była wtedy jeszcze żywa. Pamiętajmy, że księgi były często prowadzone w dwóch lub większej ilości kopii, a przy mechanicznym przepisywaniu jednej z takich ksiąg zapewne nietrudno było o taką pomyłkę.

Dla początkującego genealoga równie niezrozumiałe może być gwałtowne starzenie się i „młodnienie” jego przodków, którzy w ciągu jednego roku potrafili być postarzeni w metrykach o dziesięć lat, by w kolejnym odmłodnieć o pięć… Nagminnie i regularnie mylono nazwiska panieńskie żon, matek, babek. Ba! – natknąłem się na księgi z pewnej parafii, gdzie pod koniec XVIII w. wpisy dotyczące kobiet trudno było uznać w najmniejszym choćby stopniu za wiarygodne, gdyż sprawiały wrażenie, jakby nie tylko nazwiska (jeśli w ogóle były), ale i imiona kobiet wpisywano na chybił-trafił. Podobne sytuacje zdarzały się przez cały wiek XIX, choć już w nieco mniejszym stopniu. Jednorazową pomyłkę przy nazwisku, czy imieniu można łatwo zrozumieć, ale co powiedzieć, gdy wszystko wskazuje na to, że jakiś człowiek w metrykach występuje naprzemiennie pod dwoma, lub nawet trzema imionami? Spotkałem się z przypadkiem z Wielkopolski, gdzie pewien człowiek w księgach kościelnych był zapisywany jako Adam, natomiast wraz z nastaniem niemieckich urzędów stanu cywilnego od 1874 r., w dokumentach zapisywanych pismem neogotyckim, funkcjonował jako Adolf. Innym ciekawym przykładem może być człowiek urodzony w Kaliszu w połowie XIX w. jako Dezydery, natomiast przez resztę życia notowany w metrykach pod imieniem Izydor. Choć imiona te nie mają wspólnej etymologii, po zastanowieniu można usłyszeć w ich brzmieniu pewne podobieństwo, które mogło być przyczyną tej dwoistości. Znów mogę się posłużyć przykładem z własnej rodziny, gdzie moja ojczysta babka, choć na chrzcie dostała imię Agnieszka, w młodości kazała na siebie mówić z jakiegoś powodu Jadwiga – i tak też były adresowane do niej listy.

Czy więc można całkowicie ufać metrykom? Z powyższego wynika dość jasno, że nie. A przynajmniej nie bezkrytycznie i nie w każdym przypadku – zawsze należy zachować ostrożność i powściągliwość w ocenie oraz elastyczność w analizie odczytanych zapisów, pamiętając o ówczesnych realiach i różnych możliwych sytuacjach. Zadaniem genealoga jest nie tylko odnalezienie metryk, ale i zweryfikowanie ich prawdziwości czasem nawet na kilku poziomach.

Bartosz Mikołajczyk

9
8
record-image_undefined-min
zaświadczenie o chrzcie-min