Mogłoby się wydawać, że mapy przy poszukiwaniu przodków nie stanowią specjalnie przydatnego atrybutu – wszak poszukiwania przodków to nie szukanie zakopanego skarbu. Być może nie dotyczy to każdego pasjonata genealogii, ale niemniej przypuszczam, że wielu spośród tych, którzy zdecydowali się na tę wędrówkę, na pewnym etapie poszukiwań dochodzą do przekonania, że mapy są im równie potrzebne, jak księgi metrykalne.

W moim przypadku było to tak, że gdy moja genealogiczna pasja trwała już kilka lat, gdy udało mi się przez ten czas dokonać wielu satysfakcjonujących i nieraz zaskakujących odkryć, w końcu zacząłem napotykać pewien opór. Wyprowadziwszy wiele gałęzi swojego drzewa genealogicznego dość głęboko w przeszłość, kolejne sukcesy przychodziły z coraz większym wysiłkiem – niczym brnięcie przez coraz głębsze i gęstsze grzęzawisko. Źródła już nie były tak łaskawe, jak na początku poszukiwań – do poznania kolejnych pokoleń przodków zwyczajnie zaczynało brakować dowodów – a to w jednej parafii brakowało kilku roczników ksiąg, a to z kolei w zachowanych księgach okazywało się, że brakuje istotnej ilości stron – wypalonych, przemoczonych, wyrwanych, czy wygryzionych. Z drugiej strony jednak nauczyłem się w tym czasie podchodzić do kolejnych odkryć z większym dystansem i spokojem, jak i z pokorą znosić każdą „porażkę”, gdy okazywało się, że czegoś już się nie da zgłębić bardziej.

W pewnym momencie jednak pojawiła się nowa myśl, która tchnęła we mnie nowy zapał. Zapragnąłem tym razem nie odkrywania kolejnych liczb – dat urodzin, małżeństw i zgonów – moich przodków, czy imion i nazwisk, ale czegoś zupełnie innego – poznawać przestrzeń, w której żyli ci już poznani przeze mnie przodkowie.

W ten sposób zacząłem się interesować kamienicą, w której żyła moja rodzina od lat. Dalej zainteresowałem się okolicą, w której żyli – i nawet nie wiem, w którym momencie, w głowie utrwaliła mi się każda kamienica przy tej ulicy, niemal każde podwórko, detale architektoniczne budynków i nazwiska ich właścicieli. Tak jak własna genealogia jest wciągająca i uzależniająca, tak i szybko przekonałem się, że równie hipnotyczne okazało się odkrywanie przeszłości całej okolicy – kto i kiedy kupił daną działkę? Kiedy wytyczono jej granice? Kiedy postawiono na niej pierwszy dom? Drewniany, czy murowany? Kiedy nadano mu obecny numer?

Tym samym znalazłem swego rodzaju odskocznię od badań własnej rodziny, choć nie od samej genealogii – odkrywając bowiem losy kolejnych nieruchomości, nieraz postanowiłem sięgnąć do ksiąg metrykalnych, by zweryfikować, czy ustalić pewne fakty. Nie spodziewałem się, że tak bardzo zauroczą mnie źródła kartograficzne, które okazały się bezcenne w poznawaniu dawnej przestrzeni. Do tej pory zachwycałem się wspaniałym dawnym pismem odręcznym – choć przyznać trzeba, że czasem potrafiło też doprowadzić do bólu głowy – a teraz znalazłem nowy przedmiot fascynacji – mapy. Pierwsze moje bliższe kontakty z dawnymi mapami zdumiały mnie ogromnie. Pyszniąc się zdobyczami czasów, w których przyszło mi żyć, nie spodziewałem się, jak wartościowe były choćby XIX-wieczne mapy. Od razu wyzwoliło to we mnie ogromny podziw dla pracy ludzi, którzy je sporządzali. I stanowiło swego rodzaju otrząśnięcie się ze złudzenia, że to nasze czasy są „rozwinięte”, a przeszłość była „zacofana”. Przybliżenie sobie dziedzictwa pozostawionego nam przez przodków przypomina bardzo namacalnie, że to im zawdzięczamy to, w którym punkcie rozwoju ludzkości jesteśmy. Niby proste i oczywiste fakty, ale w życiu codziennym zaskakująco łatwo o tym zapomnieć.

Tak, jak wspomniałem, wcześniej to słowo pisane było głównym obiektem podziwu i nośnikiem informacji. Korzystając z dawnych map pojawiło się dużo nowych elementów. Było nadal dawne odręczne pismo (bo i przecież całe, nieraz ogromne, mapy były wykonywane odręcznie!) występujące w podpisach, opisach, czy legendach map. Czasem trafiały się całkiem długie fragmenty opisowe, stanowiące znakomite uzupełnienie. Podobnie jak w przypadku dawnych metryk, gdzie można było śledzić – co prawda w ograniczony sposób – rozwój języka, choćby poprzez zmieniające się zapisy i brzmienia imion i nazwisk naszych przodków, tak i w przypadku źródeł kartograficznych mamy do czynienia z językiem – nazwami własnymi miast, wsi, pustkowi, wzgórz, rzek itd. Nieraz widok mocno zniekształconego zapisu dobrze nam znanej nazwy wprawia w zdumienie, a jednocześnie potrafi stanowić pomost w zrozumieniu znaczenia dzisiejszej nazwy i jej związku z przeszłością.

Gdy spędzi się już niejedną dłuższą chwilę pochylonym nad historycznymi mapami – szczególnie tymi zadziwiająco precyzyjnymi, z XIX, a nawet końca XVIII w. – zaczynamy inaczej postrzegać takie źródła. Przestajemy zwyczajnie „oglądać”, a zaczynamy je „czytać” – specyficzne rysunki, barwy, symbole, układy kształtów stają się dla nas czytelne niemal tak samo, jak litery alfabetu. W końcu zaczynamy czytać „między wierszami” dostrzegając to, czego mapa wprost nie pokazuje. Nagle bowiem staje się dla nas oczywiste, że dany kształt posesji, czy układ budynków wskazuje na przykład dawne koryto rzeki, albo sugeruje istnienie w przeszłości innego układu ulic, czy kształtu rynków, których dana mapa dosłownie nie przedstawia.

Jeśli zdecydujemy się prześledzić kształtowanie się przestrzeni w przeszłości, w końcu odkryjemy, że jest to droga bardzo podobna do genealogii. I ludzie, i przestrzeń mają swoją historię, którą można próbować odtwarzać. W przypadku przodków, szukamy rodziców, dziadków, pradziadków itd., natomiast chcąc poznać losy jakiejś nieruchomości – budynku, czy ziemi – lub ich właścicieli, to mapy pozwalają nam odkryć jak kształtował się stan rzeczy – kiedy wzniesiono dany dom, czy z jakiej większej całości „urodziła się” nowa działka. Nieraz w tym procesie czyhają na nas podobne pułapki, co w genealogii – w metrykach może to być błędnie zapisana data, czy miejscowość, albo imię i nazwisko, natomiast w kartografii może być pomyłkowo źle naniesiony obiekt, odwrotnie zastosowane kolory do oznaczania rodzaju budowli czy gruntu, czy myląca numeracja domów (najczęściej zmienna na przestrzeni lat). I w jednym, i w drugim przypadku, badacz musi podjąć wysiłek ustalenia, ile w danym źródle jest prawdy. Czasem trzeba się posiłkować materiałami nie bezpośrednio związanymi ze sprawą. Dlatego w obydwu dziedzinach trzeba wykazać się przenikliwością, pomysłowością i determinacją w dążeniu do odkrycia prawdy. Dobrą stroną coraz powszechniejszej w naszych czasach digitalizacji jest coraz łatwiejszy dostęp do materiałów gromadzonych w różnych częściach świata. Dodatkowo powstają strony internetowe, które nie tylko udostępniają archiwalne materiały kartograficzne, ale umożliwiają nakładanie dawnych map i planów na współczesne. W przypadku polskiej genealogii jako szczególnie przydatne można wymienić takie serwisy jak: mapire.eu, stareplanymiast.pl, igrek.amzp.pl, czy georeferencer.com. Takie porównywanie map potrafi przynieść niezwykłe odkrycia, ale i samo w sobie jest świetną zabawą.

Z drugiej strony może się okazać, że historia jakiegoś miejsca jest silnie związana z naszą rodziną i ich losy wzajemnie na siebie oddziaływały. Wobec stale rosnącej świadomości odpowiedzialnego kształtowania otaczającej nas przestrzeni kulturowej i troski o środowisko naturalne, odkrywanie historycznego rozwoju przestrzennego naszej okolicy może stać się jej ważnym elementem.

By Bartosz Mikołajczyk – Your Roots in Poland researcher