Claudia 10/2012 – Agnieszka Rakowska-Barcik

Nikt nie zaskoczy cię bardziej niż własna rodzina. Także ta sprzed wieków. Pradziad, o którym myślałeś, że był bohaterem wojennym, może okazać się hulaką. A o prababce, która miała wywodzić się ze stanu chłopskiego, dowiesz się, że była szlachcianką. Zanim więc spytamy siebie: „Dokąd zmierzamy?”, sprawdźmy: „Skąd przyszliśmy?” – radzą nasi rozmówcy. – Szukać przodków zawsze warto. Kto nie zna swej przeszłości, nie ma przed sobą przyszłości.

Ba-ba, ba-ba – słychać dziecięcy głos. To Tymoteusz, półtoraroczny syn Kingi, ogląda z mamą zdjęcia z rodzinnego albumu. Mama pokazuje mu fotografię nobliwej kobiety w kapeluszu i pyta: „ Synku, kto to?”, a maluch odpowiada: „Ba-ba”. – Od dzieciństwa rozbudzam w nim poczucie rodzinnej tożsamości – śmieje się Kinga Borowiec. Lecz zaraz szczerze wyznaje: – Wstyd przyznać, ale nie mam jeszcze własnego drzewa genealogicznego. Wiadomo, szewc bez butów chodzi – mówi założycielka firmy, która pomaga innym szukać własnych korzeni.

– Zaczęło się tak. Studiowałam historię i archiwistykę na krakowskim Uniwersytecie Pedagogicznym. Podczas praktyk całe dnie spędzałam w archiwach. Codziennie widziałam, jak cudzoziemcy z różnych stron świata próbowali odnaleźć swoje polskie korzenie. Tyle że nie byli w stanie niczego zdziałać. Bariera językowa rozkładała ich na łopatki. Dawne dokumenty pisane są po łacinie, cyrylicą, w języku niemieckim. To przecież czarna magia nie tylko dla obcokrajowców. Nie zawsze też trafiali na życzliwych urzędników. Wtedy pomyślałam, że chciałabym im pomagać w tych poszukiwaniach – wspomina Kinga. Tak narodziła się idea Your Roots in Poland (Twoje korzenie w Polsce): www.yourrootsinpoland.pl

Do współpracy Kinga zaprosiła swych przyjaciół ze studiów: Aldonę Tomecką, Karolinę Szlęzak i Roberta Twardowskiego. – Tworzymy zgrany team. Mamy wszystkie cechy wytrawnych tropicieli. Detektywistyczne zacięcie, pasję, ciekawość, upór oraz cierpliwość, bo informacje zbiera się niekiedy miesiącami. No i znamy języki: wspomnianą łacinę, niemiecki, czytamy cyrylicę, gotyk, w tym szwabachę – wylicza Kinga.

Jej mała firma działa zaledwie od marca, a już pomogła wielu osobom. Najczęściej o pomoc proszą Amerykanie, Australijczycy, Brytyjczycy, Niemcy. – Myśleliśmy, że polskich korzeni szukają ci, którzy chcą potwierdzić swe obywatelstwo. Czyli mają w tym interes. Ale to nieprawda. Najczęściej w grę wchodzi sentyment, szacunek do tradycji, po prostu: sercowe sprawy. Rozumiem to doskonale: wiedza o naszej rodzinnej przeszłości jest jak fundament dla domu. Dzięki niej poznajemy też siebie.

Zdarza się, że do poszukiwań inspiruje jakaś opowieść o przodkach albo skrywana przez nich tajemnica.

– Jedno z najbardziej emocjonujących poszukiwań, jakie prowadziłam, dotyczyło historii polskiego żołnierza z Armii Andersa – do rozmowy włącza się Karolina. – Ten mężczyzna o imieniu Władysław po wojnie osiadł w Anglii i tam się ożenił. Miał wnuczkę Catherine, dziś 25-letnią. Opowiadał jej o wojnie, ale nigdy nie poruszał tematu swojej polskiej rodziny. To zaintrygowało dziewczynę. Czuła, że dziadek coś ukrywa. Twierdził, że naziści zamordowali mu rodziców, a on sam musiał uciekać. Zostawił w kraju rodzeństwo: dwie siostry i brata. Czemu nigdy z nimi się nie kontaktował?

Po jego śmierci wnuczka postanowiła rozwiązać zagadkę. Poprosiła nas o pomoc. Dotarliśmy do kobiety, która w dzieciństwie mieszkała obok jej dziadka. Dziś ponadosiemdziesięcioletnia, ma świetną pamięć. Ze wzruszeniem opowiadała nam, że to jej matka przygarnęła małego Władysława , gdy ten stracił rodziców. A oni wcale nie zginęli w czasie wojny. Prawda była inna: ojciec Władysława miał skłonność do alkoholu i hazardu. Tak się zadłużył, że musiał sprzedać dom. Potem z rodziną wyjechał, chciał zacząć nowe życie. Niebawem jednak zapił się na śmierć, wkrótce zmarła też jego żona. Dzieci zostały same. Jedna z dziewczynek trafiła na służbę w pobliskim dworku, druga została wywieziona do pracy w Niemczech. Najmłodszego chłopca przygarnęli sąsiedzi. Był nim właśnie dziadek Catherine.

„Teraz rozumiem, dlaczego nie chciał opowiadać o swej przeszłości” – stwierdziła wnuczka Władysława, gdy powiadomiliśmy ją o wynikach poszukiwań. Czy była rozczarowana? Stwierdziła, że lepsza zła prawda niż dobre kłamstwo. Planuje przyjazd do Polski, by poznać kobietę, która wychowywała się z jej dziadkiem. Chciałaby o nim jak najwięcej się dowiedzieć. A z nami już się zaprzyjaźniła. Ostatnio przysłała zdjęcia ze swego ślubu. I zawsze pisze, czy zdała kolejny egzamin, bo jeszcze studiuje.

Znajomość korzeni to nie tylko wiedza o tym, skąd pochodził twój pradziad. Również informacja, skąd się wzięła twoja wrażliwość i idee, w które wierzysz.

Kinga wciąż pamięta historię Brigitte Brauer, Niemki z Hamburga, która od wielu lat szukała swojego polskiego ojca. – Po śmierci matki zaczęła chorować. Lekarze nie byli w stanie jej pomóc. Dopiero psychoterapeuta powiedział, że choruje jej dusza, bo nie jest całością. Człowiek bierze połowę od matki i połowę od ojca. Brigitte nie poznała biologicznego taty. Nie wiedziała, że tak ją to gryzie. Miała przecież szczęśliwe dzieciństwo i ojca Hansa. Aż podczas rodzinnej imprezy jakiś wujek się wygadał, że taka miłość nie powinna się zdarzyć. Hilde, matka Brigitte, była Niemką, a jej biologicznyojciec Polakiem. Gdy zaszła w ciążę, oboje szaleli z radości. Krótko, bo Niemców objęła akcja przesiedleńcza. Hilde bała się zostać w powojennej Polsce. Młodzi umówili się, że rozstaną się na krótko, a on dojedzie, jak tylko uspokoi się na granicy. Brigitte urodziła się już w Niemczech. Ojciec nigdy do nich nie dotarł. – Znała jego imię i nazwisko, przybliżony rok urodzenia, wiedziała, że pochodził z Krakowa lub okolic. Wydawało się, że dane, którymi dysponuje, gwarantują sukces. Lecz ani Czerwony Krzyż, ani krakowski magistrat, ani tutejsza kuria nie byli w stanie jej pomóc. Dopiero gdy w gazecie napisała, że jeśli on żyje, musi mieć ponad 90 lat i to ostatnie chwile, by się z nim zobaczyć, był odzew. Ktoś rozpoznał mężczyznę ze zdjęcia. Za późno. Ojciec już nie żył.

Może córka zdążyłaby się z nim spotkać, gdyby zleciła poszukiwania profesjonalistom? Oni wiedzą, jak to robić. Dla kogoś, kto nie zna metodologii, to kosmos – uważa Karolina. O tym kosmosie opowiada Aldona: – Nasz klient – Tammy Brandt z miasta New Berlin w stanie Wisconsin – szukał swych korzeni przez 25 lat! Bez skutku. Ale się nie poddawał. Skąd siła? Mówił, że chyba z głodu duchowego. Kiedyś przeczytał, że kto nie zna swojej przeszłości, nie ma przed sobą przyszłości. On wiedział, że jego pradziadek nazywał się Vincent Brandt, pochodził z małej miejscowości w Wielkopolsce. Wysyłał prośby o potwierdzenie tego faktu do archiwum państwowego, do parafii. Nie było odzewu. W końcu Tammy napisał do nas. W e-mail wkleił zdjęcie przodka: „Żebyście patrząc mu w oczy, zrobili wszystko, co się da”. Zrobiliśmy!

Zaczęliśmy od tej maleńkiej parafii. Zwykle proboszczowie są chętni do współpracy, ale czasem mają wiele spraw na głowie i nic się nie zdziała. Na szczęście księgi parafialne mają swoje kopie w kurii. W księdze z 1854 roku odnalazłam akt chrztu pradziadka. W tym okresie księgi spisywano jeszcze w języku polskim, z odczytaniem dokumentu problemu nie było: „Działo się to 14 lipca 1854 roku. Stawił się Jan Brandt, lat dwadzieścia osiem mający, i okazał dziecię płci męskiej, urodzone dnia wczorajszego o godzinie ósmej wieczorem z jego małżonki Marianny. Dziecięciu temu na chrzcie świętym nadano imię Vincent”.

– Tammy tak się zachwycił odkryciem, że chce więcej. Dotarliśmy więc do rodziców i rodzeństwa Vincenta. Ale sprawa utknęła. Od wakacji czekamy w kolejce na dostęp do mikrofilmów z Archiwum Archidiecezjalnego w Poznaniu. Trudno. Nasza praca jest jak układanie puzzli. Tu kawałek drzewa, tam kawałek. Z czasem można odnaleźć brakujące elementy. Liść po liściu stworzyć gałąź – mówi Robert Twardowski.

Jego znajomi żartują: „Robert, ty swoich korzeni wcale nie musisz szukać. Wiadomo, skąd jesteś”. – Każdy zna legendę o panu Twardowskim. Szlachcic miał ponoć swoją pracownię na krakowskich Krzemionkach. Dziwne, ale losy mojej rodziny też są z nimi związane! Mój ojciec pracował na Krzemionkach, tam też poznał moją mamę. A ja chodziłem do liceum w tym rejonie. Może kiedyś tam zamieszkam?

Marzy mi się duży dom. na frontowej ścianie wymaluję drzewo genealogiczne rodziny – opowiada Robert.

Koleżanki z Your Roots in Poland mówią o nim żartem: zgniły konserwatysta. – Szanuję tradycję. Jest ważna, zapominamy o niej w natłoku codzienności. Często nasza wiedza nie wykracza poza dwa pokolenia wstecz. O starszych przodkach nie wiemy nic. A to rodzaj osierocenia – uważa Robert.

– Był kiedyś w telewizji program „Sekrety rodzinne”. Pamiętam odcinek z Krzysztofem Cugowskim z Budki Suflera. Miał radość w oczach, gdy odkrył, że talent muzyczny w jego rodzinie jest dziedziczny. Już jeden z protoplastów rodu, żyjący 200 lat temu, był utalentowanym organistą – opowiada Robert. – Ale w poszukiwaniach nie zawsze można dojść do celu tak szybko. Często pojawiają się przeszkody. Zgłosił się do nas pewien Niemiec. Miał tylko jeden trop: nazwę miejscowości Uschranken. Niestety, nie było jej w żadnych spisach miejscowości. Po licznych perypetiach znaleźliśmy polskie Osranki, dziś już nieistniejącą wieś. Nie cieszyliśmy się długo, bo okazało się, że większość dokumentacji zniszczyła Armia Czerwona wtedy, gdy tam stacjonowała. Na szczęście wiemy, że garstka dokumentów została skopiowana przez mormonów i trafiła do archiwum w Berlinie. Dotrzemy do nich – zapewnia Robert.

Powodzeniem zakończyła się sprawa, nad którą ostatnio pracował. – Pan Ronald z Florydy, emeryt, zapragnął odnaleźć przodków, którzy w XIX w. żyli w Polsce. W rodzinnych przekazach pojawiała się wieś Czarnowąsy. Ruszyliśmy tym śladem. Przejrzeliśmy wszystkie księgi, tysiąc stron dokumentów. I nic. Wtedy jak z nieba spadł nam list od proboszcza z Opola. Potwierdzał, że w jego księgach parafialnych są pewne tropy. W skrócie: szukaliśmy jeszcze długo, ale znaleźliśmy. Żona pana Ronalda opowiadała, że gdy odebrał naszego e-maila, krzyknął: „Mamy ich!”. Godzinę i lampkę koniaku później zdecydował, że jedzie do Polski. I nieba wem ruszył śladami swoich przodków. Wszedł do kościoła, w którym przed laty oni się modlili, stąpał po kamiennej posadzce, po której chodzili. Potem odwiedził ich groby. Spotkaliśmy się z nim. Cieszył się, że wreszcie wie, skąd przyszedł. Niektórzy, gdy dotrą do źródła, już przy nim zostają

– Kinga uśmiecha się na wspomnienie Australijczyka, który szukając swych korzeni, zakochał się w pięknej wrocławiance i został w tym mieście na stałe. – Był tak zdesperowany, że nauczył się czytać cyrylicę, by przeglądać księgi nią napisane. Radził sobie też z łaciną. Przy nazwisku praprababki odkrył adnotację: „nobilis”, czyli „szlachetny”. Tak tytułowano szlachtę zaściankową. Myślał, że kobieta należała do niższego stanu, więc był mile zdziwiony.

Mnie zaskoczył ostatnio mój dziadek – włącza się Robert. – Była Wigilia. Przy stole zasiadła cała rodzina, trzydzieści osób. Powiedziałem, że chciałbym stworzyć nasze drzewo genealogiczne. Wtedy mój dziadek rzekł jedno słowo: Dziewin. To wieś pod Bochnią. Okazało się, że być może także stąd pochodzą nasi przodkowie. Dziwne, dziadek nigdy o tym nie wspominał. Czyżby miał coś do ukrycia?