Dzieje moich przodków od strony taty znam tylko fragmentarycznie. Wiem, że mój dziadek Józef Pomykała urodził się 21 lutego 1913 roku w Wesołej w powiecie brzozowskim. Po drugiej wojnie światowej pracował jako kucharz w Krakowskich Zakładach Gastronomicznych, a potem jako kuchmistrz, czyli szef kuchni, w Oficerskiej Szkole Wojsk Chemicznych na Montelupich. Zmarł 22 czerwca 1973 roku i jest pochowany w Krakowie. Rodzicami dziadka (czyli moimi pradziadkami) byli Maria i Ludwik Pomykała, ale nie wiem, gdzie się urodzili ani gdzie znajdują się ich groby. Wiem tylko, że pradziadek Ludwik pracował w Browarze Żywieckim na jakimś wysokim stanowisku. Dopiero w trakcie moich prywatnych poszukiwań udało mi się poznać imiona pradziadków. Jednak, żeby nie było zbyt łatwo – mój dziadek Józef urodził się tuż przed pierwszą wojną światową w jeszcze austrowęgierskiej wsi, daleko od Żywca, gdzie miał pracować jego ojciec.
Moja babcia Zofia Pomykała, z domu Maniecka, urodziła się w Okocimiu 16 lutego 1913 roku, a jej rodzicami byli Jan Maniecki i Maria, z domu Skurnóg. Nie wiem, czy babcia miała rodzeństwo i nie znam żadnych jej krewnych. Nigdy nie słyszałem, żeby pracowała zarobkowo. Zmarła w Krakowie 24 stycznia 1984 roku i dlatego ledwo ją pamiętam.
Mój dziadek Józef ożenił się z moją babcią Zofią 13 lutego 1938 roku. 23 lipca 1942 roku urodziła im się córeczka Irenka, ale dwa i pół miesiąca później, 4 października 1942, zmarła w wyniku epidemii panującej wówczas na krakowskim Kazimierzu. Pochowana jest w Krakowie. Po wojnie dziadkowie doczekali się jeszcze trzech synów, w tym mojego taty. Podobno było jeszcze jedno dziecko — dziewczynka, która zmarła w nieznanym wieku w Gdańsku lub w Gdyni w 1939 roku. Jej grobu ponoć już nie ma.
Jeśli chodzi o przedwojenne losy dziadków do początku lat pięćdziesiątych XX wieku, kiedy to już osiedli w Krakowie na stałe – chronologia jest niejasna. W 1938 roku dziadek Józef przebywał na ulicy Łazarza 9, w tym samym czasie ktoś wysyłał do niego widokówki z Jastarni. Prawdopodobnie w tym samym roku dziadkowie byli też w Gdyni i na Helu. W 1942 roku mieszkali na Kazimierzu, na ulicy Bocheńskiej 6. W 1946 roku jeden z ich synów urodził się w Wesołej (w tej samej wsi co dziadek Józef), więc dziadkowie na pewien czas musieli opuścić Kraków. W 1949 roku znów przebywali w Krakowie i wprawdzie od tego momentu miejsce zamieszkania zmieniali kilkakrotnie, ale Krakowa już nie opuścili.

O rodzinie mojego taty wiem zatem niewiele. Kilka ciekawostek rzuconych mimochodem, których rozwinięcia nigdy się nie doczekałem. Ale wtedy wydawało się, że będzie na to czas.
Po tragicznej śmierci rodziców musiałem uporządkować ich prywatne rzeczy. Wtedy natknąłem się na starą, zagadkową walizkę. A tam – siedemnaście sfatygowanych przedwojennych fotografii w równie sfatygowanym albumie. Siedemnaście. To wszystko, nie licząc pięciu kart pocztowych.
Było to zaskakujące znalezisko. Wprawdzie w domu były rodzinne albumy, ale z lat powojennych. Tego nigdy wcześniej nie widziałem.
Wstępnie przejrzawszy znalezione fotografie, sam rozpoznałem na niektórych tylko moją babcię Zofię Pomykałę. Inne osoby na zdjęciach były dla mnie zupełną zagadką. Próbę rozpoznania pozostałych osób zacząłem od wizyty u jedynego znanego mi krewnego taty. W ten sposób dowiedziałem się, jak w młodości wyglądał mój dziadek Józef Pomykała, którego nie znałem. Zmarł na długo przed moim urodzeniem, a na jedynym znanym mi wcześniej powojennym zdjęciu jest już dużo starszy. Poza dziadkami, krewny taty rozpoznał rodziców mojej babci Zofii oraz niejakiego Kazimierza, wspólnika mojego dziadka Józefa w przedwojennych interesach. Reszty osób nie kojarzył, nie znał też dat ani miejsc powstania zdjęć.
Nie posiadając zatem zbyt wielu informacji, a chcąc dowiedzieć się czegoś więcej o przedwojennych losach rodziny mojego taty, któregoś dnia postanowiłem sam zidentyfikować fotografie.

FOTOGRAFICZNE ŚLEDZTWO

Większość fotografii pochodzących z tajemniczego albumu jest nieco wysłużona, nosi ślady wielokrotnego przyklejania i nie była w albumie w żaden sposób opisana. Na wielu zdjęciach na rewersach została spora warstwa kleju oraz czarnej, białej i szarej tektury, których obawiałem się usuwać, bo kartonik już się rozwarstwiał. Próby usunięcia tych warstw podjęła się moja żona Karolina, powoli i ostrożnie oczyszczając każdy rewers fotografii. Dzięki temu gdzieniegdzie odkryły się przed nami odręczne napisy lub pieczątki. Natomiast kilka zdjęć bez śladu kleju, jak na ironię, nie posiadało żadnych napisów. Część fotografii, w większym formacie, ma około 9 x 14 cm, część – zaledwie 6 x 8 cm. Rewers większości fotografii wyglądał tak:

Poniżej przykład żmudnego procesu usuwania nawarstwionego kleju i papieru przez moją żonę, która postanowiła sprawdzić, czy fotografie nie kryją jednak jakichś wskazówek na temat daty, miejsca czy osób.

Fot. A. Jedna z najmniej poklejonych fotografii. Tu warstw ciemnego papieru jest stosunkowo mało.

Fot. B. Po odczyszczeniu niespodziewanie ukazała się data: „15 II 1939”. Niestety był to odosobniony przypadek. Na innych rewersach nie udało się już powtórzyć tego sukcesu.


Fot. C. Próba uwydatnienia zachowanych informacji za pomocą skanu, inwersji i modyfikacji koloru.

Oczyszczenie rewersów wprawdzie było krokiem naprzód, ale nie wniosło zbyt wiele. Pozostało nam wytężyć wzrok i wykorzystać wszystko, co jest widoczne na fotografiach. Do każdego zdjęcia trzeba było podejść indywidualnie. Identyfikacja miejsc w plenerze zajęła „zaledwie” dwa wieczory, ale uściślenie szczegółów pochłonęło już znacznie więcej czasu. W przypadku zdjęć ze studiów fotograficznych ogólna identyfikacja była możliwa tylko dzięki pieczątkom atelier. Niestety nie wszystkie portrety takie oznaczenia posiadały. Najtrudniejsze było precyzyjne datowanie zdjęć, dlatego w większości przypadków podaję tylko przybliżone lata.
Próbując datować zdjęcia przeszukiwaliśmy zasoby internetu. Ideałem byłoby znalezienie podobnego zdjęcia z pełnym opisem miejsca i czasu lub chociaż kilku fotografii, które pozwoliłyby zawęzić ramy czasowe. Zdawałem sobie bowiem sprawę, że z biegiem lat wszystko się zmienia, powstają nowe budynki a stare są wyburzane, roślinność się rozrasta lub jest wycinana, ściany budynków niszczeją albo są odnawiane – miejsca żyją i w przeciągu choćby roku mogą zmienić się nie do poznania. Znalezienie starannie opisanego materiału porównawczego dałoby nam pewność. Przejrzeliśmy około parędziesiąt tysięcy zdjęć, ale zwykle brakowało albo dokładnego datowania, albo zdjęcie było ze zbyt wczesnego bądź zbyt późnego okresu, albo wreszcie miejsce ujęte było z innej perspektywy i interesujące nas szczegóły nie były widoczne. Próbowaliśmy też datowania szukając informacji o zakładach fotograficznych, istniejących spółkach czy lokalach, których szyldy widoczne były na niektórych zdjęciach, ale zazwyczaj te firmy miały wieloletnią tradycję, więc nie przyniosło to oczekiwanych efektów. Ostatecznie uporządkowaliśmy fotografie według naszej wiedzy i tego, co udało się sprawdzić w naszych poszukiwaniach.
Poniżej przedstawiam odnalezione zdjęcia i proces identyfikowania miejsc oraz dat w oparciu o to, co dało się wyczytać z poszczególnych fotografii.

TAJEMNICZY ALBUM

Fot. 1. Powyższą fotografię uznaliśmy za najstarszą. Są na niej ponoć rodzicie mojej babci ZofiiJan i Maria Manieccy. O nich nie wiem zupełnie nic, ani gdzie się urodzili, ani ile mieli dzieci, ani gdzie są pochowani (niemniej dzięki ustaleniom Your Roots in Poland udało się poznać nazwisko panieńskie mojej prababci MariiSkurnóg). Zdjęcie pochodzi ze Studia Fotograficznego Braci Dworzaków w Nowym Sączu przy ulicy Jagiellońskiej 46 (pieczątka na rewersie). Adres atelier oraz miejsce urodzenia mojej babci Zofii – Okocim – sugerują, że pradziadkowie pochodzili z tamtych okolic. Znaleźliśmy tylko informację, że zakład Braci Dworzaków działał przy Jagiellońskiej 46 od połowy lat dwudziestych XX wieku, a w latach trzydziestych pod tym adresem miał pracownię już inny fotograf – Józef Zacharski (przeniósł się tu ze swoim zakładem z Jagiellońskiej 34). Według mnie można przyjąć, że zdjęcie zrobiono w połowie lat dwudziestych.

Fot. 2. Na tej fotografii rozpoznałem moją babcię Zofię Pomykałę, z domu Maniecką. Nie wiadomo, w jakim atelier pozuje. Może to po prostu szkolne zdjęcie, bo babcia ma na sobie mundurek gimnazjalny. Prawdopodobnie jest to koniec lat dwudziestych XX wieku, a babcia ma tu paręnaście lat. Na rewersie brak jakiekolwiek pieczątki.

Fot. 3 i 4. Kolejne dwie fotografie mojej babci Zofii wykonano w nieznanym zakładzie fotograficznym. Niestety zdjęcia nie mają żadnych pieczątek czy opisu, które mogłyby pomóc w ich bliższym rozpoznaniu. Przypuszczamy, że to zdjęcia z ostatnich lat gimnazjum, babcia może mieć tu osiemnaście lat.

Fot. 5. Na tej malutkiej fotografii (4,5 x 6,5 cm) moja babcia Zofia ma, według mnie, już około dwudziestu lat. Na rewersie brak jakiekolwiek pieczątki. Prawdopodobnie jest to zdjęcie do jakiegoś dokumentu.

Fot. 6. Zakładam, że jest to zdjęcie ślubne. Moja babcia Zofia i mój dziadek Józef Pomykała są na pierwszym planie, za nimi stoją świadkowie – osoby nieznane i mimo próby porównań – nie rozpoznane na innych zachowanych fotografiach (choć żona podejrzewa, że stojący mężczyzna uwieczniony jest także na zdjęciu numer 9). Zdjęcie zostało zrobione w studiu fotograficznym „Janina” w Krakowie. Nie udało nam się znaleźć żadnej informacji na temat tego studia (istniejące obecnie krakowskie Foto-Studio „Janina” powstało długo po wojnie). Można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że fotografia ta pochodzi z 1938 roku, bo dzięki pomocy Your Roots in Poland dowiedzieliśmy się, że dziadkowie wzięli ślub 13 lutego 1938 roku.

Fot. 7. Tu chłodna aura, prawdopodobnie zimowa, moi dziadkowie, Zofia i Józef Pomykała, ubrani są w grube płaszcze. Wchodzą na Wawel od strony ulicy Podzamcze, w głębi widać kamienicę przy ulicy Kanoniczej 24, tak zwany „Dom Pod Telegrafem”, oraz po lewej róg kamienicy numer 25, czyli Domu Długosza. W datowaniu tej fotografii pomocną wskazówką okazał się mundurowy idący za dziadkami. Jest to prawdopodobnie oficer lotnictwa, którego zidentyfikowałem po okrągłej czapce z widocznym orzełkiem, pasie głównym z poprzecznym paskiem naramiennym, a przede wszystkim – po charakterystycznym kroju płaszcza typu oficerskiego obowiązującym w lotnictwie. Umundurowanie to weszło do użytku na mocy Dziennika Rozkazów z 30 maja 1936 roku, dotyczącego „nowych przepisów ubiorczych dla żołnierzy lotnictwa”. Ta informacja zawęża datę wykonania tej fotografii do czterech lat, ale biorąc pod uwagę to, kiedy dziadkowie brali ślub, przypuszczam, że jest to 1938 rok. Na rewersie zachowała się tylko częściowo widoczna pieczątka, ale żonie udało się ją odsłonić i odczytać: „Leica-Film, Kraków, Floriańska 5”. Niestety nie znaleźliśmy na temat tego zakładu fotograficznego nic więcej prócz informacji, że działał w Krakowie w latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku.

Fot. 8. Na tym zdjęciu mój dziadek Józef maszeruje po lewej, niestety nie wiem, kim są dwie pozostałe osoby. Za nimi Dworzec Główny, skrzydło budynku od strony ulicy Lubicz. Fotograf robiący zdjęcie stał w pobliżu miejsca, gdzie ówcześnie był przystanek końcowy dla tramwajów wąskotorowych. W lewym górnym rogu fotografii widać boczne wejście na Dworzec. Na znalezionych przeze mnie kilkunastu archiwalnych zdjęciach budynku Dworca sprzed 1933 roku rzuciły mi się w oczy dwa wejścia obok siebie, natomiast na późniejszych zdjęciach drzwi z lewej są przebudowane na okno. Na kilku fotografiach z 1933 roku widoczny jest też jasny, świeżo położony kamienny cokół pod nowym oknem, który kilka lat później pociemniał i nie wyróżniał się już tak bardzo. Ponadto na zdjęciach z lat 1938-1942 z obu stron wejścia widoczne są ciemne tabliczki, jakich na mojej fotografii brak. Może więc ta fotografia jest z 1937 roku i powinna znaleźć się przed zdjęciem numer 6. Myślę, że to wiosenne zdjęcie, bo wszyscy są ubrani w lekkie płaszcze. Na rewersie ledwie widoczna pieczątka krakowskiego zakładu fotograficznego „Leica-Film” z Floriańskiej 5.

Fot. 9. Mój dziadek Józef stoi po lewej, niestety nie wiem, kim jest mężczyzna po prawej (być może rzeczywiście to świadek ze ślubu). Początkowo oboje z żoną myśleliśmy, że na zdjęciu widać krakowskie Sukiennice od strony wschodniej, w miejscu, gdzie jest wejście do dzisiejszego Muzeum Rynku Podziemnego (oddział Muzeum Historycznego Miasta Krakowa). Zmyliła nas charakterystyczna metalowa brama, która tam zachowała się do dziś. Ale gdy stanęliśmy przed tym miejscem, coś się nie zgadzało. Rozwiązać zagadkę pomogły kapitele kolumn (każda głowica kolumny w Sukiennicach jest inaczej zdobiona). W ten sposób odnaleźliśmy kapitel z motywem liści po zachodniej stronie Sukiennic, naprzeciw Ratusza. To tam zrobiona była ta przedwojenna fotografia. W lewym górnym rogu widać fragment szyldu „H. M. Godziszewska”. Był to „skład materiałów na wszelkie roboty ręczne”, mieszący się pod adresem Sukiennice 30. Przypuszczamy, że jest to koniec lat trzydziestych XX wieku, być może ten sam rok, co na fotografii numer 8. Na rewersie brak jakiekolwiek pieczątki.

Fot 10. To zdjęcie przedstawia nieznane nam osoby. Być może duchowny albo sfotografowany z nim mężczyzna byli w jakiś sposób ważni dla mojej rodziny, dlatego to zdjęcie zachowało się w starym albumie. Miejsce zidentyfikowała moja żona, która zauważywszy charakterystyczne zdobienia na kamiennych odrzwiach i łuki w lewym górnym rogu zdjęcia, rozpoznała Sukiennice od strony ulicy Brackiej. Nie wiemy, który to rok, może też koniec lat trzydziestych.

Fot. 11. Na tym zdjęciu moja babcia Zofia idzie po asfaltowej alejce, za nią Sukiennice od strony zachodniej, widoczny fragment ryzalitu środkowego, w głębi oczywiście Pomnik Adama Mickiewicza. Nie wiemy, który to rok. Prawdopodobnie to wiosna pod koniec lat trzydziestych, na co wskazywałby modny, lekki ubiór babci. Żonie udało się odsłonić pieczątkę na rewersie fotografii, niestety niewiele na niej widać, jedynie: „Miki-Film Kraków”. Żona podejrzewa, że chodzi o zakład fotograficzny z ulicy Jasnej 6, m. 8 (obecnie to ulica Wojciecha Bogusławskiego). Żona ustaliła wprawdzie, że taki zakład rzeczywiście istniał w Krakowie w latach trzydziestych XX wieku, ale to wszystko.

Fot. 12. Mój dziadek Józef Pomykała (z prawej) z nieznanym mężczyzną na tle samochodu… Analogicznie do innych zdjęć zaryzykowaliśmy stwierdzenie, że to również Kraków. Na fotografii poza pozującymi osobami i samochodem pozornie niewiele więcej widać. Moją uwagę jednak zwrócił charakterystyczny słup, widoczny w lewym górnym rogu zdjęcia. Poszedłem tym tropem myśląc, że to słup trakcyjny przedwojennych tramwajów krakowskich. Ze względu na dużą liczbę widocznych drzew sprawdziłem ulice w pobliżu Plant, którymi wąskotorowe i normalnotorowe tramwaje wjeżdżały na Stare Miasto. Ale nigdzie nie mogłem dostrzec budynków podobnych do tych, jakie tu widać w głębi. Skoncentrowałem się więc na innych detalach.
Na budynku za słupem trakcyjnym w końcu rozpoznałem charakterystyczne okno Kamienicy Czynciela, przy Rynku Głównym 4 (zamienny adres to Plac Mariacki 9). Trafność lokalizacji potwierdził widoczny na fotografii kamienny biały słupek od ogrodzenia przy Kościele Mariackim (ufundowała je pod koniec XVIII wieku Urszula Dembińska). Wprawdzie wiedziałem, że dawniej na Rynku Głównym było dużo więcej drzew niż dzisiaj, lecz nie sądziłem, że któreś z nich może przysłonić Kościół Mariacki. Ponadto intrygował mnie jeszcze widoczny pod samochodem asfalt a nie bruk. Pozostało więc ustalić, w którym miejscu na Rynku zdjęcie zostało zrobione. Pomogły nam w tym fotografie Krakowa z lat trzydziestych XX wieku, na których widać wąską, asfaltową alejkę równoległą do strony wschodniej Sukiennic, szpalery drzew oraz interesujący mnie wcześniej słup, który okazał się nie trakcyjny, lecz oświetleniowy. Zatem zdjęcie zostało wykonane w południowo-wschodnim rogu Sukiennic, przed wyjściem z Kawiarni Noworolskiego.
Po rozpoznaniu miejsca pozostało jeszcze ustalenie marki samochodu. Wbrew pozorom było to nie lada wyzwaniem z racji tego, że samochód sfotografowany został od tyłu, a we wszelkich publikacjach na temat motoryzacji pojazdy zazwyczaj prezentowane są od przodu. Pierwsze moje skojarzenie prowadziło oczywiście do Fiata 508, ze względu na podobieństwo i popularność tego modelu w Polsce w latach trzydziestych XX wieku. Jednak nie zgadzał się szereg detali, zwłaszcza elementy nadwozia, mocowanie koła zapasowego czy wczesny model kierunkowskazu w postaci strzałki (wynalazek Alberta Ebnera), którego nie zauważyłem na fotografiach archiwalnych Fiata 508. Po tym rozczarowaniu zacząłem szukać wśród wszelkich marek i modeli samochodów dostępnych w Polsce w latach dwudziestych i trzydziestych, lecz niestety nie przyniosło to żadnego rezultatu. Skupiłem się więc na błyszczących elementach widocznych na fotografii. W rozwiązaniu zagadki pomogła chromowana listwa na pokrywie silnika, dzięki której natrafiłem… znów na markę Fiata, ale tym razem model 514. Produkowany był on w kilku wersjach, na powyższym zdjęciu uwieczniona jest prawdopodobnie wersja czterodrzwiowa — Fiat 514 L. Widoczna w całości czarna tablica rejestracyjna samochodu (A30-231) umożliwiła w miarę precyzyjne datowanie zdjęcia, bo takie rejestracje obowiązywały od 1 września 1937 roku (wcześniej tablice były białe). Wszystko wskazuje więc na to, że zdjęcie zostało zrobione między 1937 a 1939 rokiem, zaś ubiory, zwłaszcza pumpy dziadka, sugerują okres letni.
Widząc to zdjęcie po raz pierwszy przypomniałem sobie, co kiedyś powiedział mój tato, gdy przejeżdżaliśmy przez Żywiec. Według jego słów mój pradziadek (ojciec mojego dziadka Józefa Pomykały) pracował w Browarze Żywieckim i zajmował wysokie stanowisko. Był podobno na tyle zamożny, że sprezentował każdemu z dzieci – a miał ich mieć dwanaścioro – po samochodzie (jednak dzięki ustaleniom Your Roots in Poland okazało się, że dzieci było ośmioro: cztery córki i czterech synów, z czego czwórka niestety zmarła w wieku dziecięcym). Przypuszczam, że to tylko rodzinna legenda i nie sądzę, żeby aut kupiono aż tak dużo, ale na pewno jeden z samochodów przetrwał wojnę, bo mój tato pamiętał, że w dzieciństwie zabierany był przez jakiegoś wuja starym, przedwojennym autem na wycieczki z Krakowa do Ojcowa (choć samochód potrafił psuć się po drodze kilka razy). Przemknęło mi przez myśl, czy to nie jeden z rodzinnych samochodów jest na tym zdjęciu…

Fot. 13. Na zdjęciu moja elegancka babcia, Zofia Pomykała, z nie mniej elegancką kilkuletnią dziewczynką w rękawiczkach i z własną torebką, na co zwróciła mi uwagę żona. Nie wiem, kim jest ta dziewczynka; wydaje się do babci podobna, może to jej krewna. Zdjęcie zostało zrobione na Placu Mariackim, z widokiem na Kościół Św. Barbary i kamienicę o numerze 7. Nad głową babci widać niepełny napis, który jednak dość łatwo udało się odczytać. To szyld sklepu „Porębski i Zimler” przy Rynku Głównym 8 (czasem zamiennie 7), gdzie przed wojną mieścił się ,,skład towarów drobnych”, oferujący między innymi bieliznę. Taki wygląd szyld miał w latach 1937-1939. Porównując ubiór babci do tego, który ma na sobie na fotografii numer 14, można zaryzykować stwierdzenie, że są to letnie miesiące 1938 roku.
Próbowaliśmy dowiedzieć się, kim jest dziewczynka z fotografii. Mieliśmy wprawdzie szczątkowe informacje o córce dziadków, która ponoć zmarła w tragicznych okolicznościach w 1939 roku i jest pochowana w Gdańsku lub w Gdyni. Jednak tej informacji nie udało się potwierdzić, zaś w przypadku dziewczynki z tego zdjęcia nie zgadzają się ramy czasowe.

Fot. 14. Na tej fotografii w formie pocztówki – pamiątki z rejsu – rozpoznałem moją babcię Zofię (w białym kapeluszu) i siedzącego obok niej dziadka Józefa.
To zdjęcie było chyba największym wyzwaniem. Po pierwsze: od razu wiedziałem, że to w ogóle nie jest Kraków, po drugie: fotografia jest prześwietlona i jedynymi punktami odniesienia są statek i widoczny fragment nadbrzeża. Potem przypomniały mi się wspomniane przez krewnego taty powiązania rodziny z Gdańskiem. Był to jednak fałszywy trop i przeszukiwania archiwalnych zdjęć Gdańska (szczególnie dotyczących nadbrzeża) nic nie dały. Potem uznałem, że to może raczej Gdynia, bo przecież przed wojną stosunki między Wolnym Miastem Gdańsk a Polską były napięte.
I faktycznie, najpierw udało się odnaleźć identyczną konstrukcję nadbrzeża obok przedwojennego Kapitanatu Portu Gdyni. Ale nie wszystko się zgadzało, wciąż miałem wątpliwości i szukałem dalej. Wreszcie udało się znaleźć w archiwum Allegro kilka fotografii z podobnej wycieczki na tym samym statku, z tego samego nadbrzeża, ale nie prześwietlonych – w tle widać było budynki. Wiedząc, że zabudowa Gdyni w czasie drugiej wojny światowej nie została zbytnio zniszczona (z wyjątkiem samego portu), miałem nadzieję, że te budynki nadal istnieją. Z pomocą Google Maps udało mi się znaleźć charakterystyczny budynek, na szczęście wciąż stojący na ulicy Jerzego Waszyngtona 38 – dawny Gmach Biura Budowy Portu. To pozwoliło określić miejsce, w którym wykonano fotografię. Statek zacumowany jest w Basenie I Prezydenta, przy Nadbrzeżu Pomorskim. Dziś w tym miejscu możemy zobaczyć Okręt-Muzeum – niszczyciel ORP „Błyskawica”. Niestety moja fotografia, jak i wszystkie znalezione zdjęcia, nie uchwyciły nazwy jednostki pływającej (widocznie ówczesny autor tych wszystkich pamiątkowych fotografii-pocztówek skupiał się na pasażerach, nie obejmując dziobu statku). Uparliśmy się jednak z żoną, żeby znaleźć nazwę tej jednostki. Po pierwsze, odkryliśmy, że w Gdyni w drugiej połowie lat trzydziestych XX wieku potentatem motorówek pasażerskich wożących turystów po porcie gdyńskim był Robert Wilke. Po drugie, natrafiliśmy na forum, na którym dyskutowano o polskich statkach komunikacji wewnątrzportowej w oparciu o Księgę statków polskich: 1918-1945 Jerzego Micińskiego. Podano za tą książką nazwy jednostek i ich parametry, między innymi długość, szerokość, czy maksymalną liczbę przewożonych pasażerów. Na mojej pocztówce oraz tych znalezionych na Allegro, mimo że sfotografowana jest tylko część motorówki, widać, że zmieściłyby się 72 osoby w dwunastu rzędach ławek. Zatem pod względem liczby pasażerów i szerokości motorówki pasował tylko „Gryf” należący do firmy „Robert Wilke – Motorówki Pasażerskie”. Inne jednostki o podobnej szerokości na pokład zabierały mniej pasażerów, natomiast te, które zabierały podobną lub większą ilość turystów były za szerokie i miały trzy rzędy ławek. Niestety, w internecie dostępne jest tylko jedno słabej jakości zdjęcie floty Roberta Wilke, na którym „Gryf” jest nieco zasłonięty przez inne jednostki. W książce Gdynia i Morze, wydanej w 1938 roku przez samego armatora, oprócz znanego już nam zdjęcia, sam Wilke nie pochwalił się specjalnie swoimi statkami. Ale moją uwagę przykuła okładka wspomnianej książki, gdzie, moim zdaniem, rysownik dość wiernie oddał sylwetkę ,,Gryfa”. Dzięki temu spróbowałem wyliczyć długość jednostki i przybliżoną liczbę pasażerów. Przyjmując więc, że stelaże plandeki są oddalone od siebie o około 1,5 m i jest ich prawdopodobnie dwanaście, a pokład dziobowy zajmuje prawie ⅓ długości, obliczyłem, że motorówka widoczna na mojej pocztówce może mieć długość ,,Gryfa” (czyli 24,2 m). Również przyjmując, że między stelażami są dwa rzędy ławek mieszczące dwanaście osób, to liczba rzędów wyniesie 22 po sześć osób w każdym (w ostatnim rzędzie na rufie siądzie siedem osób z uwagi na brak przejścia między ławkami), zatem łączna liczba osób wyniesie 133 – i jest to maksymalna liczba pasażerów ,,Gryfa” podana we wspomnianej Księdze statków polskich. Widoczne na moim zdjęciu wejście na motorówkę umiejscowione jest prawdopodobnie w połowie podkładu dla pasażerów. Mam nadzieję, że kiedyś uda się potwierdzić te przypuszczenia.
Na marginesie warto wspomnieć o ciekawej historii samego „Gryfa”, który powstał pod koniec pierwszej wojny światowej jako niszczyciel okrętów podwodnych (U-Boot-Zerstörer), po wojnie służył jako statek pocztowy, natomiast na początku lat trzydziestych XX wieku miał swój awanturniczy epizod – jako własność Franza Jägera, przemytnika alkoholu, pod nazwą „Hassan Birr” szmuglował spirytus do krajów skandynawskich. W 1935 roku statek został zakupiony przez Roberta Wilke. Po przebudowie i przemianowaniu na „Gryfa” zaczął służbę jako motorówka wycieczkowa. W 1939 roku został zatopiony przez Niemców.
W ustalaniu przypuszczalnej daty tej fotografii z pomocą znów przyszły pocztówki z Internetu, zwłaszcza te, które zostały wysłane i posiadały zapisane odręcznie i ostemplowane rewersy z konkretnymi datami. Na kilku z nich, w tym jednej datowanej na lipiec 1939 roku, widać, że na rufie uzupełniono cztery stelaże. Na innych pocztówkach, datowanych na 1938 rok, tych dodatkowych stelaży jeszcze nie ma. Na rewersie mojej fotografii brak jakiejkolwiek pieczątki czy napisu, ale sądzę, że jest właśnie z roku 1938. Motorówki Roberta Wilke przewoziły w trwającym od połowy czerwca do połowy września sezonie nawet 200 tysięcy turystów. Ponieważ tu nie ma kompletu pasażerów, babcia jest w tym samym kostiumie co na fotografii numer 13, a dziadek w pumpach — może to być początek sezonu.

Fot. 15 i 16. Na obu fotografach widnieje mój dziadek Józef (z prawej), zaś mężczyzna z wąsami w jasnej koszuli to podobno wspólnik dziadka — Kazimierz. Rozpoznanie tych zdjęć to prawdziwy szczęśliwy traf. Przy okazji pracy nad fotografią numer 14 pierwszym z haseł wpisanych w wyszukiwarkę Google było: „lata trzydzieste, statek wycieczkowy, Gdańsk”. Jednym z wyników wyszukiwania był s/s Gdańsk — polski parowy statek pasażerski żeglugi przybrzeżnej. Moją uwagę od razu przykuła charakterystyczna nadbudówka, umiejscowienie szalup i kominy wentylacyjne. Według mnie bez wątpliwości na powyższych fotografiach uwieczniony został właśnie s/s Gdańsk. Dużo trudniej było ustalić, gdzie zdjęcia zostały zrobione.

Wprawdzie żonie na obydwu rewersach udało się ostrożnie odsłonić spod warstw kleju i papieru pieczątki: „Foto-Przystań Gdynia, skrytka pocztowa”, więc byłaby to cenna wskazówka, gdyby nie to, że w Gdyni drewniane Molo Pasażerskie, do którego przybijały statki tego typu, stało do 1934 roku, kiedy to rozebrano je podczas budowy Basenu I Prezydenta. Mnie natomiast wydawało się, że powyższe zdjęcia są z podobnego czasu, co fotografia numer 14 (sądząc po wyglądzie i ubiorze mojego dziadka Józefa), więc chyba nie mogły być zrobione w Gdyni, a jedynie tam zostały wywołane. Niestety, mimo bezspornego rozpoznania statku, miejsce przez chwilę pozostawało zagadką, bo jedyną podpowiedzią było poprzeczne ułożenie desek na molo. Znalazłem jednak informację, że s/s Gdańsk pod koniec lat trzydziestych XX wieku pływał między innymi na trasach Gdynia-Jastarnia oraz Gdynia-Hel, zatem sprawdziłem obydwie przystanie. Po przejrzeniu kilkudziesięciu zdjęć w Internecie doszedłem do wniosku, że musi to być przystań na Helu, ponieważ tylko tam deski na molo ułożono są tak, jak na mojej fotografii. Zdjęcia mogły zostać zrobione w 1938 roku. Dodatkową podpowiedzią były zachowane w starym albumie trzy pocztówki z Jastarni. Na dwóch udało się odczytać daty: 16 czerwca i 10 lipca 1938 roku. Niestety treść kartek jest nieczytelna, ale podejrzewam, że mogą mieć związek z tą fotografią.

Fot. 17. Według krewnego mojego taty fotografia przedstawia niejakiego Kazimierza, wspólnika, z którym mój dziadek Józef w drugiej połowie lat trzydziestych XX wieku podobno prowadził restaurację w Gdańsku. Sam w to wątpię, podejrzewałbym, że raczej chodziło o Gdynię. Jak dotąd nie udało mi się potwierdzić informacji o restauracji, nie znam także nazwiska wspólnika dziadka. Zdjęcie Kazimierza było zrobione przez fotografa w Ostrowie Wielkopolskim przy ulicy Marszałka Piłsudskiego (niestety nie udało się znaleźć żadnej wzmianki na temat tego zakładu fotograficznego) i zostało, według napisu na rewersie, podarowane mojemu dziadkowi „Józikowi” na pamiątkę dnia 15 lutego 1939 roku (zob. fot. A-C). Jest to jedyne zdjęcie, które skrywało konkretną datę.

Fot. 18. Filomena Karczmarczyk – tajemnicza osoba, która pojawia się jako adresatka na dwóch kartach pocztowych z lat 1926 i 1934. Nie wiemy, czy jest na którejś z zachowanych fotografii. Kartka z 1926 roku (awers i rewers widoczny na fotografii numer 18) wysłana została z Kalisza i adresowana jest następująco: „Kraków, ul. Garbarska 13, Wielmożny Pan Dyrektor Staszewski, dla Panny Fili Karczmarczyk w Krakowie”. Dyrektor Staszewski to prawdopodobnie Józef, urzędnik prywatny z lat 1926-1934, według danych z Księgi adresowej Miasta Krakowa i województwa krakowskiego — rocznik 1933/34. Na kartce z 1934 roku, wysłanej z okazji Świąt Wielkanocnych, widnieje ten sam adres. Kartka podpisana jest tylko inicjałami, których nie umiemy dopasować do żadnych znanych nam nazwisk.
Nie wiemy, kim była Filomena, ale ktoś z nią utrzymywał kontakt na przestrzeni wielu lat. Wśród tak nielicznych zdjęć i pocztówek przeklejanych z albumu do albumu zastanawia mnie, dlaczego właśnie te kartki się zachowały, czy były istotne dla kogoś i czy mogła to być krewna babci lub dziadka.

*
Dzięki poszukiwaniom, odrobinie szczęścia i nieocenionej pomocy żony udało się dowiedzieć wielu rzeczy. Jednak to, co odkryłem i co wyczytałem z fotografii, wciąż tylko przybliża czas i miejsce, nie mówiąc nic więcej o samych osobach i okolicznościach. Ze szczątkowych wiadomości i odnalezionych zdjęć układała się nieuchwytna i niejasna historia mojej rodziny od strony taty. I chociaż tak naprawdę ciągle więcej jest białych plam, a kolejne odpowiedzi wywołują kolejne pytania, sam proces identyfikowana zdjęć był fascynujący.

W trakcie przygotowywania tego artykułu pojawiły się nowe fakty, które pozwoliły odsłonić nieco więcej. Olbrzymią zasługę w tym ma firma Your Roots in Poland. Szczególnie chcemy podziękować Kindze Borowiec, Karolinie Szlęzak, Łukaszowi Karpeckiemu i Adamowi Sasinowskiemu. Dzięki nim dowiedzieliśmy się między innymi, gdzie dokładnie urodził się mój dziadek Józef, ile tak naprawdę miał rodzeństwa (siedmioro – cztery siostry i trzech braci), w jakich zakładach pracował po wojnie, jakie nazwisko panieńskie miała moja prababcia od strony babci Zofii, gdzie dziadkowie mieszkali w czasie drugiej wojny światowej i w późniejszych latach, jak układały się ich losy w powojennym Krakowie. Nadal jednak przedwojenna historia mojej rodziny w dużej mierze pozostaje dla mnie zagadką.

Jeśli ktoś posiada jakąś wiedzę na temat osób na tych fotografiach lub byłby w stanie przybliżyć jakieś fakty o rodzie Pomykałów lub Manieckich – uprzejmie proszę o kontakt za pośrednictwem Your Roots in Poland.

[Prezentowane w artykule fotografie, oznaczone logotypem ARS RECO, są własnością prywatną i ich kopiowanie, rozpowszechnianie, publikowanie w jakiejkolwiek formie (również elektronicznej) bez zgody właściciela jest zabronione.]

 

Marek Pomykała, Współpraca: Karolina Glazor-Pomykała